Capricorne tom 3: Deliah Autor: Andreas Data powstania:
1997 Format: 46 stron kolorowych
Miesiace mijaja, maile nadchodza, tylko ja na jakis czas troche nawalilem z uaktualnianiem strony... Korzystajac z okazji tego powrotu, chcialbym podzielic sie krotka dygresja muzyczna na temat death metalu - ile mozna pisac tylko o komiksach? Otoz zastanawiam sie, czy ten wlasnie gatunek muzyczny nie staje sie obecnie punktem wyjscia wielu ciekawych, obiecujacych kapel, ktore w przyszlosci moga powedrowac muzycznie w jakies jeszcze nieodkryte rejony. Troche tak jak z punkiem w latach 80. Zaczalem tak myslec po wysluchaniu ostatniego In Flames - 'Reroute To Remain'. To juz nie brzmi jak klasyczny Death. Dla mnie to nowa jakosc w muzyce rockowej, a takich plyt moga byc setki - te zespoly nie graja dla zysku, nie wydaja plyt w milionach egzemplarzy. Latwo je przeoczyc...
Wracam do glownego watku. Trzeci tom Capricorna to ciekawostka dla fanow Rorka. Wydaje mi sie, ze jest calkiem mozliwe, ze czesc osob po przeczytaniu pierwszej serii Andreasa, zechce siegnac od razu do tego tomu. Mialoby to sens o tyle, ze Deliah opisuje wydarzenia, ktore nastapily przed Fragmentami i wystepuje tu wiele postaci znanych z serii Rork. Problem polega na tym, ze - moim zdaniem - tom ten niewiele do swiata Rorka wnosi. Oczywiscie mozemy sie przekonac co robila Deliah Darkthorn w dolinie w ktorej znalazl ja Rork i dowiedziec sie w jaki sposob poznala Capricorna, ale to przeciez mozna by wrzucic do jakiejs retrospekcji w jednym z pozniejszych albumow. Rzecz w tym, ze seria o Koziorozcu byla przez Andreasa zaplanowana na wiele albumow naprzod - autor po prostu wiedzial ze taki album powstanie i kiedy przyszedl wlasciwy moment po prostu go narysowal, prawdopodobnie dobrze sie przy tym bawiac. Czytelnicy tez nie beda raczej zawiedzeni, ale trzeba podkreslic - to wlasciwie nie jest album Capricorna, tylko odprysk obu serii - zabawa konwencja.
Seria Capricorne czasem porusza dosc powazne tematy (prosze porownac jeden z ostatnich albumow: Attaque) a czasem wrecz rozbraja swa beztroska, jak chocby w tym przypadku. Andreas dobrze sie czuje roztaczajac atmosfere tajemnicy, ale przeciez ciagle poruszanie sie w mroku moze kazdego troche zmeczyc. Tu mozna odniesc wrazenie, ze autor probuje podejsc z dystansu do wlasnego stylu - przedstawic go nieco z przymrozeniem oka. Problem w tym, ze nie uda sie uniknac porownan z albumem Fragmenty, a te wypadaja... no coz - pozostawie ocene osobistym gustom fanow Andreasa. Mnie powtorzona scena w ktorej Rork znajduje Deliah, kiedy mam oba albumy otwarte na odpowiedniej stronie przejmuje glebokim smutkiem. To troche tak, jak spotkac byla dziewczyne po latach i stwierdzic, ze jest zupelnie inna niz zdjecia ktore trzymasz w szufladzie. Tworczosc Andreasa bardzo sie zmienila - oczywiscie nie ma sensu rysowac tej samej sceny dwa razy w ten sam sposob, ale tak uproszczona kreska jaka posluzyl sie rysownik, szczegolnie w tym albumie stwarza wrazenie ogromnego dystansu z jakim podszedl do tej historii.
I tu mala uwaga na marginesie tej recenzji. Jak wielu fanom jest wiadomo, mistrzem Andreasa byl Eddy Paape, razem rysowali postac Udolfa. Ich wspolpraca czesto wygladala tak, ze Andreas starajac sie zblizyc do stylu Paape rysowal dla niego plansze olowkiem, a ten nastepnie nakladal tusz i sygnowal prace swoim nazwiskiem. Uderzajace jest to, jak te tworzone pod Paape'go rysunki odpowiadaja stylowi pierwszych albumow Rorka. Mozna odniesc wrazenie, ze proba stworzenia wlasnego stylu przez Andreasa doprowadzila go do tych uproszczonych rysunkow z Capricorna lub Raffingtona Eventa, lub poslugiwania sie plamami jak w Aztekach czy Le Regreso. To wszystko ma swoj urok, ale zwykly fan komiksu, ktory tkwi we mnie domaga sie jak najwiecej zwyklego stylu rysowania, jaki widzimy we Fragmentach czy tej znieksztalconej, ale wciaz w ramach stylu realistycznego rzeczywistosci pokazanej w Przejsciach.
Ale odbieglem od opisywanego albumu, ktory tak naprade nie powinien byc porownywany do innych prac tworcy, bo jak juz napisalem we wstepie, stanowi raczej odskocznie od stylistyki serii i moze czytelnikow niezle zwiesc na manowce. Poniewaz o ile w codziennej tworczosci Andreasa spotykamy zwykle najprzerozniejsze postaci dysponujace niezwyklymi mocami, lub mogace pochwalic sie jakimis niezwyklymi przezyciami, w tym jednym albumie spotkamy cala game zupelnie zwyczajnych osob usilnie utrzymujacych ze takimi mocami dysponuja. Innymi slowy album ten roi sie od roznego typu oszustow i szarlatanow, czasami smiesznych, czasami niebezpiecznych.
Cala ta zgraja pozornie niezwiazanych ze soba naciagaczy, w jakis sposob jest jednak powiazana jakimis wspolnymi zainteresowaniami czy tesknotami za tym co naprawde nierzeczywiste - dlatego pewnie ulotki, ktore Deliah dostaje u jednej z wrozek doprowadzaja ja w koncu do jakiejs tajemnicy, ktora z kolei zmienia nieco sens opisanych wydarzen, tak wiec w koncu dochodzi do charakterystycznego dla tworczosci Andreasa nieoczekiwanego zwrotu.
Na tle wszystkich tych wydarzen dzieja sie jednak rzeczy wiazace ten album z pozostalymi odcinkami serii. Capricorne siega po karty przeznaczenia, Deliah znajduje rysunek, ktory Capricorne zrobil na miejscu katastrofy sterowca, przedstawiona zostaje organizacja o ktorej uslyszymy w kolejnych albumach, a przede wszystkim Mordor Gott zaczyna wprowadzac w zycie swoje plany. Szerzej dowiemy sie o nich juz w kolejnym tomie serii, jednak np. owoce spotkania Capricorna z Manga to juz echa przeszlosci, ktora znamy z piatego tomu Rorka, czyli jak to spiewa Manau: "L'avenir est un long passe".
Jak kaze tradycja czesc przygod ma miejsce w kanalach pod miastem, jednak tym razem bohaterowie nie spotykaja tam 'ludzi kanalow', lecz sekte w trakcie odprawiania obrzedu. Zreszta roznych dziwnych rytualow jest w tym komiksie pod dostatkiem - mozna sie spodziewac, ze autor chcial wyczerpac ten temat i nie wracac do niego w najblizszych albumach, choc nie uprzedzajmy faktow.
Na okladce albumu (nowej wersji) widnieja trzy dorodne potwory. Po solidnej dawce potworow zaserwowanej w tomie drugim i dziwnym swiecacym stworze z tomu pierwszego - powiem szczerze - nawet taki fan potworow jak ja poczul lekki przesyt. Andreas w jednym z wywiadow zarzuca trylogii Tolkiena (tak, wiem - to nie jest trylogia), ze zaczyna sie nigdzie, dzieje sie nigdzie i prowadzi donikad, majac na mysli, ze opisuje ona nieistniejace krainy i nierzeczywiste sytuacje, co nie jest interesujace dla zwyklego czlowieka. Czytajac ten album nie moge sie oprzec wrazeniu, ze swiaty tworzone przez Brytyjczyka sa jednak bardziej osadzone w naszych realiach, niz niektore komiksy Andreasa. Nie jest to rzecz jasna wada, w koncu obracamy sie w konwencji SF, jednak wyczuwam tu pewien brak konsekwencji. I pojawia sie kolejne pytanie - do kogo sa adresowane takie albumy jak Elektrycznosc czy Deliah? Byc moze do czytelnikow zmeczonych tradycyjna stylistyka komiksu?
Mam takie mgliste wrazenie, ze Andreas czul sie troche przytloczony tworzac prequele do Rorka, wiec w pelni rozwinal skrzydla dopiero od tomu piatego. Nie znaczy to jednak, ze Deliah to strata czasu i papieru. Album ten pokazuje moim zdaniem pewna granice, poza ktora seria juz nie wykroczy. Teraz pozostaje badanie przestrzeni fabularnej na przeciwleglym biegunie i to chyba bardziej trafi w gusta tradycyjnych rorkofili. A na dzien dzisiejszy pozostaje cieszyc sie faktem, ze Andreas znow powiazal swoje dwie glowne serie i pozwolil ich bohaterom jesli nie spotkac sie (to byloby niemozliwe z przyczyn formalnych) to chociaz nawizac kontakt przyczynowo-skutkowy. Troche szkoda, ze pomysl ktory mogl byc rewolucja, pozostaje tylko forma ciekawostki, ale z drugiej strony - moze nie ma sensu przeciazac Capricorna za bardzo w strone przeszlosci... Nie o to przeciez w tym cyklu chodzi.
|